Manewry "Geolog II" 3 / III / 2012
| Posted by Duncan Gisher | 13 marca 2012 17:57 UTC |

3 marca kilku przedstawicieli 42RMC uczestniczyło w zorganizowanych przez Kantka (BSA) manewrach "Geolog II". Gisher i Dawid jako członkowie bocheńskiego środowiska airsfotowego stanęli po stronie najemników, podczas gdy Yuri, Szatko i Farmer dołączyli do strony Niebieskich.

Scenariusz zakładał zmagania 2 ugrupowań - Zielonych i Niebieskich. Obie frakcje walczyły o VIPa zwanego dalej Geologiem, który przeprowadzał dla nich na terenie gry badania, które potem z dużym zyskiem można było sprzedać. W okolicy operowała także niewielka grupa najemników, która walczyła dla tego kto więcej zapłaci. Łącznie w scenariuszu brało udział około 70 osób.

Najemnicy, na początku nie wynajęci przez nikogo, postanowili podjazdowymi atakami napsuć trochę krwi oponentom - traf chciał że udało nam się wyjść na tyły Niebieskich i zadać im mocne straty. Przez dłuższą chwilę utrzymywaliśmy zajęty teren, jednak przewaga liczebna przeciwnika (byliśmy ostrzeliwani przez obie frakcje jednocześnie) spowodowała wędrówkę na respa praktycznie całej ekipy najemniczej (oprócz 4 zwiadowców którzy w tym czasie bawili się w podchody).

Po 30 minutowym respie wróciliśmy do gry, z ponownym zamiarem poszarpania ogniem każdego kto da się poszarpać. Podczas skrytego podchodzenia pod pozycje Zielonych przez radio docierały informacje że podobno zostaliśmy przez nich wynajęci, jednak informacje te uznaliśmy za niewiarygodne, i zaczęliśmy atak. Wynikło z tego (a także z niedoprecyzowania jak wygląda proces wynajęcia i kto go dokonuje) drobne zamieszanie - okazało się że nasi zwiadowcy pracują już dla Zielonych. Po interwencji organizatora, wycofaliśmy się z terenu walki i zaczęliśmy radiowe pertraktacje z obiema stronami konfliktu - ostatecznie przyjęliśmy ofertę Zielonych, którzy w tym czasie byli w posiadaniu Geologa. Wspólnie z ich siłami dokonaliśmy ataku na pozycje Niebieskich, skutecznym manewrem oskrzydlającym wycinając większość ich sił.

Po powrocie do sztabu Zielonych, zostaliśmy po ostrych negocjacjach co do ceny (inflacja, panie generale...) ponownie wynajęci i wysłani na Niebieskich. Po ostrej walce ramię w ramię z Zielonymi Niebiescy zostali pokonani i gra dobiegła końca.

Manewry odbywały się w bardzo dobrej atmosferze i pomimo narzekań na terminatorkę, każdy z nas nie żałuje spędzonej w Pogwizdowie soboty. Wielkie podziękowania dla Kantka za organizację, i kompanom z BSA za współpracę. Do zobaczenia ponownie!

Autor: Gisher

Śląskie Manewry Radzionków – Bytom – Tarnowskie Góry 3–5 / VI / 2011
| Posted by Duncan McLain | 13 czerwca 2011 11:12 UTC |

PIĄTEK
Sezon rekonstrukcyjny 2011 właśnie się rozpoczął, więc po raz kolejny udaliśmy się do gościnnych Hanysów z Echo Coy szerzyć wiedzę o Siłach Zbrojnych Jej Królewskiej Mości i promieniować brytofilskością.
Pierwszym wyzwaniem było spakowanie ośmioosobowego oddziału wraz z kompletnym wyposażeniem do dwóch samochodów. Praktyka wyniesiona z poprzednich imprez pozwoliła nam na zabranie prawie wszystkiego. Ostatnie drobne rzeczy wieźliśmy na kolanach i pod nogami. Tuż za bramkami na autostradzie A4 uformowaliśmy mały konwój i tak zaczęła się oficjalna część naszej wyprawy. Po przejechaniu kilku ślunskich miast i miasteczek, szalonych podwójnych skrzyżowań i kilku innych ciekawostek dotarliśmy w okolice Zlotu. Na jednym ze skrzyżowań czekał na nas Vergio i Przemo w Jeepie Willisie, którzy nas popilotowali na miejsce noclegu. Ku naszej wielkiej radości przywitała nas kompania honorowa złożona z Hanysów stojących w szeregu na baczność. Aż łezka się w oku zakręciła na ten piękny widok.
Po krótkich aczkolwiek radosnych powitaniach wspólnie przenieśliśmy szpej na miejsce noclegu, gdzie rychło stanął nasz wielki Sheraton *****.
Koniec dnia umiliły dwa interesujące wydarzenia: apel wieczorny zsynchronizowany z podobnym – amerykańskim oraz integracja przy cateringu. Jako że długo się nie widzieliśmy, było o czym opowiadać, a rozmowy i śpiewy trwały długo.

SOBOTA
Sobota minęła nam pod znakiem okazałej parady pojazdów wojskowych przez trzy miasta oraz wyjazdu do kamieniołomu w bytomskich Dolomitach. Oj, zabawa była przednia. Na czas parady do wyłącznej dyspozycji dostaliśmy gąsienicowy transporter FV 432, z czego wszyscy byli bardzo zadowoleni. Częściowo na pancerzu, częściowo we wnętrzu ruszyliśmy przez śląskie ulice, lansując się, ile wlezie. Pierwszy postój był w Radzionkowie, gdzie udało nam się zrobić wspólną słitfocię oraz krzewić wyspiarski styl życia wśród obecnych tam widzów. Po kilkudziesięciu minutach ruszyliśmy dalej. Kolejnymi przystankami były rynek w Bytomiu, tamtejsza Galeria Motoryzacji oraz rynek w Tarnowskich Górach. Tu oglądaliśmy pokaz pierwszej pomocy w wykonaniu tamtejszych harcerzy oraz wysłuchaliśmy koncertu uczniów klasy wojskowej. Artyści bez wątpienia pilnie ćwiczyli, ale nie byli przygotowani na niespodziankę, jaką zgotowali im rekonstruktorzy. Koncert był na tyle ciekawy, że przy bisie cześć ekip pod przewodem RMC dołączyła do śpiewających i tańczących, rozkręcając imprezę na maksa. Równie ekscytujący okazał się powrót do naszego obozu – kierowca FVki a zarazem jej właściciel zrezygnował z przejazdu ulicami w defiladowym tempie i ruszył polnymi drogami z maksymalną prędkością. Najciekawiej mieli ci, którzy tę część drogi pokonywali na pancerzu – zaliczyli wszystkie zwisające nad drogą gałęzie. Po całym upalnym dniu w bojowym rynsztunku byliśmy zgrzani, zakurzeni i zachwyceni.
Po powrocie i chwili odpoczynku ruszyliśmy w nieco uszczuplonym składzie do pobliskiego wyrobiska, aby zrobić sobie lans-sesję w klimatach afgańskich. Wraz z nami pojechali sojusznicy z amerykańskiej grupy reko. Sesja okazała się bardzo udana, o czym świadczą fotki, kosztowała nas jednak dużo wysiłku. Wielkie gratulacje i wyrazy szacunku dla wszystkich, którym chciało się wbiegać na stromą górę dla kilku zdjęć. Jesteście wielcy.
Po powrocie z Dolomitów i szybkim polowym prysznicu nastąpiła zmiana dekoracji. Szafarz, Gisher, Borsuk, Duncan oraz Piotrek wdziali na siebie szkockie mundury wyjściowe i poszli w teren, wzbudzając wielkie zainteresowanie rekonstrukcyjnej braci. Niestety nie udało im się spotkać pewnej widocznej na niektórych fotkach „Szkotki”, aby pokazać jej, jak się powinno nosić regulaminowe mundury RRS.
Wieczór wypełniony różnego rodzaju spontanicznymi imprezami rozrywkowymi należał do Amerykanów, którzy na swoim terenie urządzili dyskotekę z ogłuszającą muzyką disco i laserami (czy tez laserowymi wskaźnikami celu). Tu jednak głos oddam innym, którzy tam byli, widzieli i mogą potwierdzić, czy to prawda, że wstęp był tylko dla osób bez spodni...

NIEDZIELA
Niedziela minęła nam pod znakiem inscenizacji. Były dwie – jedna mniejsza a'la Afghan podczas prezentacji pojazdów, druga DUUUŻA pod wszystko mówiącym tytułem BASRA 2003. Tu wielki szacun dla dowodzącego USMC Porucznika Porucznika, który swoją charyzmą sprawił, że prawie widzieliśmy te wydmy i połacie piasku, innymi słowy iracką pustynię oraz lotnisko, które atakowaliśmy. Inscenizacja była naprawdę rewelacyjna. Podzielono ją na dwa etapy – amerykański i brytyjski. Amerykanie jako pierwsi wjechali na teren pokazu, pojeździli troszkę swoją wielką ciężarówką, po czym zostali ostrzelani przez Irakijczyków. Szybko wezwali wsparcie artylerii, która w mig rozprawiła się z dwoma transporterami opancerzonymi wroga. W tym momencie wjechaliśmy my w FVce i w Land Roverze i pozamiataliśmy to, co jeszcze zostało (a zostało trochę, bo Hamburgery były niedokładne) i nawet wzięliśmy do niewoli czterech wrogów. Klimat siedzenia w przedziale desantowym FV 432 przy zamkniętych klapach i czerwonej lampce był bezcenny. Wrażenia wsłuchiwania się w stłumiony odgłos wybuchów i serii z karabinów w oczekiwaniu na rozpoczęcie akcji nie da się z niczym porównać. Podobnie emocjonujące były obsługa wielkiego karabinu maszynowego na wieżyce transportera czy rajd landkiem. Zwłaszcza, gdy obok walczyli sojusznicy, dla których groźniejszym przeciwnikiem od Irakijczyków okazały się ich własne mundury przeciwchemiczne – założone, by jak najdokładniej odwzorować realia rekonstruowanej bitwy.
To był jeden z naszych najlepszych pokazów, a zarazem największy pod względem rozmachu – były trzy transportery, ciężarówka, land rover, quad, wybuchy, granaty i broń na ślepą amunicję. W rolę irackich obrońców Basry wcielili się członkowie Grupy operacyjnej "Hażlach" oraz żołnierze Wojska Polskiego.
Po zakończonym pokazie oraz chwili przerwy nadszedł czas na pakowanie się, pożegnania i w końcu odjazd do domu. Imprezę należy zaliczyć do jednej z najbardziej udanych i w przyszłym roku zapewne również w niej weźmiemy udział.

TCCC Ostrava 2011
| Posted by Duncan McLain | 29 marca 2011 19:55 UTC |

PIĄTEK
Skromna delegacja RMC i RRS postanowiła rewizytować Czechów, którzy uczestniczyli z nami w kursie medycznym w Tarnowie. W tym celu udaliśmy się na ich zaproszenie do Ostravy, gdzie Fizylierzy Jej Królewskiej Mości organizowali szkolenie z Tactical Combat Casualty Care. Po kolei zebraliśmy się w Krakowie na PKPie, skąd ruszyliśmy do Trzebini, gdzie ze swoim brytowozem dołączył do nas Grześ. Jazda upłynęła nam miło i spokojnie, a Borsuk z powodzeniem bawił się w pilota. Dotarliśmy na miejsce około 2230. Dostaliśmy tak z godzinę czasu wolnego na odpoczynek, po czym nastąpiły pierwsze zajęcia – trzeba było w terenie znaleźć trzech rannych Amerykanów. Było ciemnawo i ostravo. Od początku zostaliśmy podzieleni (znaczy wszyscy uczestnicy) na dwie grupy. Pierwszą stanowiliśmy my plus 2RRF, drugą PARAsi plus jakieś SAS parasrambocommando. Wzięliśmy czynny udział w całości kursu (z wyjątkiem Duncana McLaina, który objął obowiązki fotografa, aby mieć pełną dokumentację imprezy oraz możliwość przyjrzenia się jej przebiegowi z szerszej perspektywy).

Wróćmy teraz do naszych rannych hamburgerów – było ich trzech. Jednego udało nam się znaleźć i odtransportować do bazy (nota bene tego największego – musiał napaść na McDonalda kiedyś), w tym czasie druga grupa znalazła kolejnego. W bazie dowiedzieliśmy się, że jeszcze jeden kolonista gdzieś tam umiera sam w nocy w lesie i trzeba po niego pójść. Więc poszliśmy. Po jakimś czasie udało się go znaleźć i odnieść do bazy. Tu dowiedzieliśmy się, że owszem, hamburger został odstawiony, lecz jego broń nie – więc trzeba było wrócić się do lasu jeszcze raz... W tym momencie nie wolno zapomnieć o myśli, jaka nas wówczas naszła, że idziemy POSZUKAĆ giwery Amerykańca, tylko nie wolno mu o tym mówić, bo może to opacznie zrozumieć (kto był na pierwszym kursie z Czechami wie, co oznacza po czesku słowo POSZUKAĆ). Gdy akcja się skończyła, kadra dała nam czas wolny. Okazało się, że mamy królewskie warunki – śpimy w pomieszczeniu z piecykiem typu koza, a nie pod gołym niebem.

SOBOTA
Sobota minęła w całości na szkoleniu z różnych technik ratowniczych – od ewakuacji rannego pod ogniem, poprzez opatrywanie itp. Niestety wczesnym popołudniem nasi Amerykanie się jakoś popsuli… To znaczy jednemu wcześniej wybuchła świeca dymna w ręce i poparzył sobie palce, a drugi… hmmm… Ten to miał pecha… Najpierw granat dymny oszpecił mu replikę w kolory Hello Kitty, a potem ktoś nadepnął mu na okulary korekcyjne, rozczłonkowując je na pierwiastki, z których powstał wszechświat. Mimo to uśmiech na twarzy hamburgera kwitł w najlepsze. Uznaliśmy, że może to być efektem szoku, ale doszliśmy do tego później, po odpowiednich zajęciach z tego tematu. W każdym razie wyszło na to, że podobnie jak ryba psuje się od głowy, tak Amerykanie od Brytyjczyków. Nasi sojusznicy wkrótce się z nami pożegnali i odjechali w siną dal.

Wieczór upłynął pod znakiem ewakuacji rannych z pola walki oraz testu teoretycznego z nabytej wiedzy. Tu najbardziej wykazał się Gisher. To znaczy chciał się wykazać, niestety siadł jakoś tak niefortunnie, że instruktorzy przeoczyli go i nie dostał żadnego pytania. Ale kto by się tym przejmował.

NIEDZIELA
W mroźny poranek o godzinie 0500 świeżo przestawionego czasu letniego Sullivan obudził cicho Szafarza, która miała być pozorantem, i wywiózł ją gdzieś w góry. Pół godziny później nastąpił alarm. Zadanie standardowe – znowu zastrzelono ten cholerny śmigłowiec i znowu ktoś się do jasnej cholery uratował, więc znowu trzeba iść i ich przynieść z powrotem. Swoją drogą MoD mógłby skończyć z kupowaniem śmigłowców z WebTexu, aby dzielni żołnierze choć raz się wyspali. Tak więc jak już się obudziliśmy, to stwierdziliśmy, że pójdziemy po Szafarza, żeby nam w Czechach nie została. Droga była bardzo sympatyczna, poza faktem, że w praniu wyszło, iż pięć kilometrów, które dzieliły wrak od bazy, to nie pięć kilometrów trasy, ale pięć kilometrów w linii prostej na GPSie. Nie zraziło nas to jednak. Po drodze natknęliśmy się na drugą grupę (śmiem twierdzić, że było to ukartowane, bo Sullivan cały czas podawał opiekunowi drugiej grupy naszą pozycję), która wbrew naszym intencjom przedwcześnie odkryła naszą obecność, w skutek czego Borsuk oberwał i zgodnie z regułami gry został medykiem. Udało nam się zerwać kontakt i podążyliśmy dalej. W końcu odnaleźliśmy Szafarza zwiniętego w kłębek i zmarzniętego po ponad trzech godzinach czekania na pomoc. Borsuk dzielnie niczym Marusia z Czterech Pancernych i Psa opatrzył ją i przygotował do transportu. Wkrótce odnaleźliśmy miejsce ewakuacji i zaliczyliśmy grę. Potem trzeba było się szybko zwinąć, bo zadanie drugiej grupy było identyczne, a kadra nie chciała, abyśmy im przeszkadzali. Tak więc Szafarz wróciła do odgrywania swojej roli zabiedzonego pilota RAFu, a my zeszliśmy ze wzgórza w okolice drogi. Druga grupa ratowników dwukrotnie zabiła Szafarza zamiast ją uratować, więc egoistycznie napiszemy, że byliśmy dwukrotnie lepsi. W czasie, gdy Parasi oraz speszial forses walczyli z przeciwnościami natury oraz nieoddychającym pozorantem, nasza grupa spoczęła w małym zagajniku koło drogi. Tu – w atmosferze międzynarodowej przyjaźni przy ciastkach i czekoladzie Czesi poprosili nas w ramach wymiany kulturowej o nauczenie ich najważniejszych komend taktycznych (szczególnie tych nieoficjalnych a wielofunkcyjnych) po polsku. Po dwudziestu minutach mieli w pełni opanowany cały podstawowy pakiet startowy pozwalający w pełni współpracować na linii Praga – Warszawa.

[ze względu na dobro operacji stenogram tej sceny został objęty tajemnicą wojskową]

Gdy druga grupa skończyła ćwiczenia, padła komenda powrotu do bazy i ta droga powrotna była najbardziej ostrava z całej Ostravy.

Wyjazd można zaliczyć do najbardziej udanych z ostatnich imprez. Nie takie Czesie straszne, jak się wydawało. Teraz postaramy się zdobytą wiedzę i doświadczenie przenieść na nasz grunt, aby wyjazd dał oczekiwane owoce.

Autor: Duncan McLain
Ocenzurowała: Szafarz

Kurs Medyczny 2011
| Posted by Szafarz & Gisher | 8 lutego 2011 19:17 UTC |

W dniach 4–6 lutego 2011 roku na tarnowskich Falklandach odbyła się trzecia edycja Kursu Medycznego. Po raz pierwszy impreza ta nabrała zasięgu międzynarodowego, jako że poza członkami 42 RMC L-Coy ‘South’, 40 RMC E-Coy ‘Upper Silesia’ oraz 3 SCOTS RRS ‘Cracow’ wzięli w niej udział goście zza południowej granicy – przedstawiciele St. George’s Fusiliers Club i 3 PARA. Obecność trzech Czechów z Czech sprawiła, że uczestnicy posługiwali się równocześnie trzema językami, ku własnemu zdumieniu bardzo szybko osiągając pełne porozumienie. Pierwszy dzień kursu miał charakter zapoznawczy. Podczas szkolenia z masażu klasycznego zgromadzeni nauczyli się, jak łagodzić ból mięśni ramion i nóg towarzyszący np. długodystansowym marszom z obciążeniem. Ćwiczenie pozwoliło odprężyć się po długiej podróży i zintegrować. Drugi dzień w całości poświęcony był szkoleniu medycznemu, tzn. poznawaniu i ćwiczeniu technik udzielania pierwszej pomocy, w tym z wykorzystaniem specjalistycznego sprzętu (m.in. defibrylatora, kołnierza ortopedycznego i bojowej opaski uciskowej), oraz ewakuacji rannych. Wieczorem nastąpił morderczy egzamin teoretyczny i praktyczny. Po jego zakończeniu L-Coy uroczyście świętowała swoje trzecie urodziny. Był toast, tort i życzenia.

Najbardziej militarny charakter miały wydarzenia, które wypełniły ostatni dzień. Po porannej zaprawie i musztrze uczestnicy kursu wyruszyli do lasu na grę terenową. Scenariusz został skonstruowany tak, by jego uczestnicy mieli możliwość wykorzystania i utrwalenia praktycznych umiejętności udzielania pierwszej pomocy podczas symulacji walki. Celem połączonych sił L-coy, E-coy, Black Watch, 3 PARA i Royal Fusiliers było odnalezienie wraku śmigłowca i zabezpieczenie rannych. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że w okolicy operowały oddziały lokalnych bojówek – ich nastawienie do sił brytyjskich było trudne do ustalenia, więc zalecono unikać miejscowych, oraz nie otwierać ognia jako pierwsi. Siły brytyjskie, podzielone na dwa oddziały, miały dotrzeć na miejsce katastrofy pieszo, na następnie na granicy terenów kontrolowanych przez bojówki rozdzielić się i rozpocząć poszukiwania. Pierwsza sekcja pod dowództwem Sullivana rozpoczęła poszukiwania mniej więcej w centralnej części terenu gry, posuwając się na północny zachód. W skład tej grupy weszli Czesi i Polacy, więc zaleconym językiem używanym podczas akcji był angielski. Z początku stanowiło to pewne utrudnienie, jednak z czasem współpraca zaczęła przebiegać poprawnie, a ów wymóg językowy dodawał klimatu. Druga sekcja, dowodzona przez Padrego, składała się w całości z Polaków. Utrzymując ciągły kontakt radiowy, obie grupy przemieszczały się różnymi trasami w kierunku miejsca katastrofy. Jako pierwsza na wrak i rannych natrafiła druga sekcja, a paramedyk natychmiast zajął się rannymi. Wkrótce na miejsce dotarła także pierwsza sekcja. Całość sprawnie zabezpieczyła teren przed ewentualnymi atakami. Nagle dotarły nowe informacje z dowództwa – w pobliskim obozowisku uchodźców znajdowała się doktor McCoy, ważna działaczka w obronie praw człowieka brytyjskiego pochodzenia. Z powodu zaogniania się sytuacji w regionie, McCoy miała zostać ewakuowana właśnie przez śmigłowiec, który został zestrzelony. Wobec tego z oddziału brytyjskiego została wydzielona 4-osobowa (polsko-czeska) sekcja, która wyruszyła po panią doktor. Po drodze zauważono dwóch uzbrojonych osobników – nie zachowywali się agresywnie, jednak posiadali broń. Mimo wielokrotnych nawoływań do jej odłożenia, nie reagowali, więc rozbrojono ich siłą. Po chwili obaj rzucili się do ucieczki i zostali postrzeleni (obecność sił brytyjskich w okolicy miała pozostać tajemnicą, nie można było ryzykować, że sprowadzą na miejsce katastrofy bojówkarzy).

Następnie sekcja dotarła do obozu uchodźców. Po zabezpieczeniu terenu rozpoczęto poszukiwania dr McCoy. Doktor odmówiła jednak ewakuacji jej samej, zażądała by wraz z nią zabrać kilkunastu uchodźców. Po konsultacji z dowództwem Sullivan zdecydował się przychylić do jej prośby. Po złożeniu obozowiska sekcja, ochraniając grupę uchodźców, ruszyła w stronę reszty oddziału. Kilkaset metrów przed celem została ostrzelana. Część sekcji podjęła walkę, reszta ewakuowała uchodźców i doktor do reszty sił brytyjskich. Po chwili dołączyła reszta i teraz całość sił brytyjskich skupiła się na ochronie rannych, uchodźców i doktor w oczekiwaniu na śmigłowce ewakuacyjne. Bojówkarze atakowali z kilku stron, szarpiąc obrońców, jednak mimo kilku wyeliminowanych z walki żołnierzy, udało się utrzymać pozycje do czasu przybycia odsieczy. Cel misji, mimo strat, został zrealizowany. Podczas całego kursu nie zabrało okazji do rozmów, prezentacji sprzętu i wymiany doświadczeń. Znalazł się czas i na naukę ważnych rzeczy, i na wygłupy, oraz na dopieszczanie replik i tych brytofilów, którzy dawali upust nałogowemu zamiłowaniu do picia herbaty. Nad przebiegiem szkolenia czuwały kompanijne maskotki M*ISSUE L-Coy, E-Coy i Black Watch.

Pola Chwały 2010
| Posted by Gisher | 28 września 2010 15:12 UTC |

Niepołomickie Pola Chwały zajmują bardzo ważne miejsce w kalendarzu 42RMC L-coy, ze względu na charakter imprezy oraz fakt, że odbywa się ona niejako na naszym podwórku. Dlatego co roku staramy się pojawić na niej w jak najliczniejszej grupie (w tym roku razem z przyjaciółmi z innych brytofilskich grup zebraliśmy prawie pół setki mężczyzn i kobiet w DPM-ie) a także mimo dość dużej obsuwy czasowej relacja z tego zlotu miłośników wargamingu i historii ożywionej musi się znaleźć na naszej stronie.

Pierwsi z nas dotarli w okolice niepołomickiego zamku już popołudniem w piątek. W ciągu kilku godzin pojawiła się większość naszej grupy – sprawnie rozlokowaliśmy się w przydzielonych nam salach. Piątkowy wieczór został przeznaczony dla odprawę dotyczącą naszych działań w sobotę i niedzielę (oprócz pokazu i obstawy checkpointa mieliśmy także pomagać organizatorom w zabezpieczeniu pokazów oraz przynieś/wynieś/pozamiataj). Oczywiście sporo czasu poswięciliśmy też integracji. Szczególnie motywowało nas to, że z niektórymi znajomymi brytofilami widzieliśmy się pierwszy raz od miesięcy bądź pierwszy raz w ogóle.

Sobota rozpoczęła się od pobudki. Następnie zbiórka oraz przemarsz na stołówkę. Aż serce rosło na widok kilkudziesięciu odzianych jednakowo rekonstruktorów maszerujących kolumną.

Po śniadaniu zabraliśmy się za budowę checkpointa i jego wyposażenie. Ledwie zdążyliśmy przed wyznaczonym nam terminem treningu inscenizacji na hipodromie. Potrzebowaliśmy kilku prób, by obmyślony wcześniej pokaz dopracować do „prawie perfekcji”. Tu należą się wielkie podziękowania dla tych członków kompanii, którzy zaofiarowali się by odgrywać podczas pokazu przeciwników.

Po treningu przyszedł czas na mniej męczące zadania – obstawa checkpointa i odpowiadanie na ciekawskie pytania zwiedzających, patrole po terenie Niepołomic oraz, w wolnych chwilach, oglądanie inscenizacji innych GRH na hipodromie.

O 17.30 zgodnie z planem wykonaliśmy naszą inscenizację. Pomysł był prosty – oddział Brytyjczyków wpada w zasadzkę, zostaje przygwożdżony do ziemi, padają ranni. Na wezwanie przez radio przybywa odsiecz i połączone siły pokonują przeciwnika i zabezpieczają rannych. Jak wrażenia? O to należy zapytać widzów ;-)

Sobotni wieczór upłynął nam na korzystaniu z licznych atrakcji oferowanych przez ogranizatorów bądź integracji (jak wiadomo, tej nigdy za wiele).

Niedziela upłynęła nam zdecydowanie spokojniej – checkpoint, patrole, w międzyczasie międzyepokowa parada grup rekonstrukcyjnych przez miasto oraz „Okazywanie Wojsk Wszelakich” na hipodromie. Ci z nas, którzy nie byli aktualnie „na służbie”, mieli możliwość obejrzeć kolejne ciekawe inscenizacje, od starożytnego Rzymu do II wojny światowej.

Niedziele popołudnie było czasem pakowania, pożegnań i nadziei na kolejne spotkanie, miejmy nadzieję że w jeszcze większym gronie.

Szczególne wyróżnienie należy się w tym miejscu naszym przyjaciołom, których nic, nawet setki kilometrów, nie zniechęciło do przybycia i spędzenia z nami czasu w brytofilskim klimacie. Są to:
- 40 RMC E-coy „Upper Silesia”
- ASW 27 (teraz już 42RMC S-coy Kępno)
- 42 RMC T-coy Opole w postaci BrotherJana
- 40 RMC B-coy Bydgoszcz
- RIR Mazowsze (Jabi i Soap)
- RRS Kraków

Jeszcze raz Panie i Panowie – fajnie że byliście.

Mamy nadzieję w 2011 roku również zawitać do Niepołomic i dać z siebie jeszcze więcej.

Hello Kitty Commando 2010, Brzanka
| Posted by Szafarz | 16 listopada 2010 20:35 UTC |

Ostatnie w sezonie jesiennym zgrupowanie RMC i RRS zaplanowane było przez HQ jako dwudniowe szkolenie survivalowo-taktyczne. Wzięło w nim udział w sumie 10 osób. Pierwszy trzyosobowy pododdział przybył na miejsce już w piątkowy wieczór na extreme survival challenge. Podczas noclegu w terenie inspekcję obozu przeprowadził nieznany bliżej nikomu kot, który towarzyszył ekipie przez cały czas, po czym dał się zaprosić w gościnę Hipisowi.

W sobotni poranek do oddziału dołączyli kolejni Marines i przygotowali skuteczną zasadzkę na powitanie grupy Dowódcy. Następnie miała miejsce zbiórka, rozgrzewka, trening CASEVAC, a dla riflemanów szkolenie taktyczno-strzeleckie oraz ćwiczenia z rzutu granatem. W tym czasie snajperzy doskonalili umiejętności strzelania do celu, bezgłośnego przemieszczania się i znajdowania odpowiednich pozycji do strzału, przygotowując się do krótkiej rozgrywki ASG, w której zdobyte umiejętności można było od razu wykorzystać w praktyce. Niestety bliskość zabudowań i obecność osób cywilnych uniemożliwiła przeprowadzenie akcji z większym rozmachem, niemniej doszło do wymiany ognia między strzelcami a snajperami. Na zakończenie części szkoleniowej wyjazdu uczestnicy spożyli wspólny posiłek w bacówce w towarzystwie wspomnianego wyżej kota, który otrzymał taktyczny kryptonim Neko. Pogoda – niezwykle jak na listopad łaskawa – dopisała.

Zarówno Dowództwo jak i wszyscy uczestnicy cały czas zwracali uwagę na zapewnienie bezpieczeństwa cywilom oraz przestrzeganie zasad obozowania i poruszania się po lesie będącym własnością państwową – a tym samym podległą jurysdykcji nadleśnictwa. Wszystko po to, by legalność działalności Kompanii nie budziła najmniejszych wątpliwości.

Kutno 2010
| Posted by Szafarz | 19 sierpnia 2010 23:35 UTC |

Połączone ekipy 40 RMC E-Coy, 42 RMC L-Coy, RM45C oraz RRS wzięły udział w ogólnopolskim zlocie grup rekonstrukcyjnych odtwarzających różne okresy historyczne. Naprzeciw siebie stanęły obozy rzymskich legionistów i celtyckich rzemieślników, na wąskich ścieżkach patrolowanych przez Piechotę Morską Jej Królewskiej Mości mijali się Indianie, samuraje i

średniowieczni rycerze. Swoje dioramy i pojazdy prezentowali żołnierze niemieccy, amerykańscy i polscy z pierwszej połowy XX wieku, a co rano budziła nas salwa z działa polowego XVII-wiecznej artylerii. Nie zabrakło także malowniczego oddziału policji II RP. Kompania prezentowała pustynne umundurowanie i sprzęt używane przez Brytyjczyków podczas wojen w Iraku i Afganistanie w latach 2001 - 2010, oraz mundury wyjściowe RMC no. 1 i RRS no. 2.

Niezwykła atmosfera tego spotkania sprawiała, że uczestnicy chętnie się integrowali, porównując stroje i wyposażenie oraz wymieniając doświadczenia ponad historycznymi i politycznymi oddziałami (np. atak szwedzkich artylerzystów na niczego się nie spodziewających Rzymian zakończyłby się klęską Cesarstwa, gdyby nie odsiecz jednodniowych Celtów zbrojnych w L85). Były pokazy dla publiczności, rozgrywki kubba (czyli hocków-klocków), przyjacielskie zakuwanie w kajdany, fotosesje z Landroverem i M*ISSUE'ami, wieczorne pogawędki przy ogniskach; ogółem mnóstwo dobrej zabawy w gronie ludzi, których łączy ta sama pasja - ożywianie przeszłości.

Marsz Po Beret jesień 2010
| Posted by Szafarz | 20 października 2010 00:00 UTC |

Kraków,
13 września 2010

Do dowódcy 3 SCOTS RRS LT Barda,
Raport
Dnia 11 września 2010 roku dwuosobowa delegacja BLACK WATCH wzięła udział w Marszu po Beret zorganizowanym przez 42 RMC L-Coy South. Marsz z Tarnowa na Jamną na dystansie 36 mil (ok. 58,5 km) odbył się przy typowo szkockiej pogodzie i został ukończony w czasie 14 godzin.
Uczestnicy:
RMC:
LT Duncan
CPL Abdul
CPL Senior
L/CPL Wojtas
RM Kapeć
CDT Mattew
CDT Wantacz
CDT Yuri

3 SCOTS RRS:
CSM Borsuk (pathfinder)
L/CPL Szafarz

Straty w ludziach:
- z powodu źle dopasowanego obuwia marszu nie ukończył CDT Wantacz.

Straty w sprzęcie:
- uszkodzenie lufy Minimi RM Kapcia.

To cenne doświadczenie pomogło poznać kondycję, wytrzymałość oraz odporność psychiczną członków batalionu w zestawieniu z możliwościami Royal Marines, a także pozwoliło przetestować sprzęt oraz rozwiązania logistyczne adekwatne w sytuacji prowadzenia długodystansowych patroli. Wyniki analizy przydatności powyższych należy uznać za zadowalające, podobnie ocenić można formę fizyczną i morale uczestników. Współpraca z RMC na całej trasie i pod każdym względem – bardzo dobra.

sporządziła:
L/CPL Szafarz

Company Routine Orders No. 3
| Posted by mer | 19 października 2010 18:45 UTC |

Z dniem 1 października 2010 roku Pluton Brzesko został rozwiązany.

Wszyscy członkowie Plutonu Brzesko zostali przetransferowani do Plutonu Bochnia, pod dowództwem Sgt Gisher.

Company Routine Orders No. 2
| Posted by mer | 6 sierpnia 2010 05:17 UTC | Zaktualizowane: 7 sierpnia 2010 13:16 UTC |

Dowodzenie
Cpl Pepe został dowódcą Plutonu Brzesko

Transfery
CSM Borsuk został przetransferowany z Plutonu Tarnów do plutonu 3 SCOTS.
L/Cpl Tragler został przetransferowany z Plutonu Tuchów do plutonu Tarnów.

Awanse
Bard 3 SCOTS Na: Lieutenant
Abdul Tarnów Na: Corporal
Pepe Brzesko Na: Corporal
Gandalf Tuchów Na: Lance Corporal
Wojtas Tuchów Na: Lance Corporal

Zawody strzeleckie o medal stowarzyszenia Vnutrenniye Voiska
Posted by Gisher 29 lipca 2010 18:54 UTC

12 czerwca reprezentanci plutonu Bochnia uczestniczyli w zawodach strzeleckich organizowanych przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji i Strzelectwa Vnutrenniye Voiska. Funkcję gospodarza zawodów na strzelnicy LOK w Pogwizdowie pełnił Henry, nasz dobry znajomi. Zawody przewidywały konkurs strzelania bronią krótką.

Barlcey i Gisher po oddaniu 5 strzałów próbnych wzięli udział w konkurencji w której liczyła się celność w strzelaniu do tarczy (20 naboi), a następnie w konkurencji polegającej na szybkim i efektywnym strzelaniu (30 naboi). Obydwaj stratowali w kategorii "początkujący". Barcleyowi poszło na tyle dobrze że zajął II miejsce w swojej kategorii, co zaowocowało odpowiednim dyplomem i medalem.

Nie tyle sam wynik był dla nas ważny, co pierwszy kontakt z prawdziwą bronią - mieliśmy porównać repliki z ich ostrymi oryginałami, poczuć jej ciężar, odrzut i huk. Było to bardzo owocne doświadczenie, i mamy nadzieję w przyszłości również uczestniczyć w podobnych zawodach, tym razem z lepszymi wynikami.

18-20 Czerwca 2010 - Marsz "30 Miler"
Posted by Duncan McLain 13 lipca 2010 20:03 UTC

Tegoroczny Miler zaczął się dla nas bardzo pechowo - z ponad 10 osób które chciały jechać docelowo zostały cztery. Różne niezależne rzeczy sprawiły, że reszta nie mogła pojechać. Odpadli nam wszyscy potencjalni kierowcy, szlag trafił dwa samochody. Z pewną obawą wsiedliśmy do pociągu, zastanawiając się, czy może po drodze nie będzie jakiegoś kolejnego nieprzewidzianego wypadku i tak skończy się nasz udział w Milerze. Na szczęście z minuty na minutę było coraz lepiej. Humory bardzo nam dopisywały.
Po 7 godzinach turlania się ( dla Kicka 9ciu, bo mieszka prawie w Bieszczadach ) w końcu dotarliśmy do Wiśniowej Góry.

Miło było spotkać po roku te wszystkie okropne mordki i ryjki. Jak i poznać kilka dotychczas znanych tylko z Forum - Vergio, Lisu - miło nam. I tak w dużym skrócie minął dzień pierwszy.

W tym roku na prośbę XiE jak i również z własnej inicjatywy podjęliśmy się misji doprowadzenia BrotherJana całego i zdrowego na metę. Z tego powodu ustaliliśmy sobie kilka zasad, które miały obowiązywać podczas Marszu:
- Po pierwsze - wszyscy słuchają Duncana.
- Po drugie - nie chodzimy po betonie, albo Duncan Was rozstrzela.
- Po trzecie - Ci, co pierdzą idą z tyłu.

Zaopatrzeni w dobry humor, M*ISSUE oraz cukierki SAS z brytyjskiej racji żywnościowej ruszyliśmy w trasę jako patrol nr 2. Szybko okazało się, że idziemy na przodzie, bo idący przed nami amerykanie czekają na dane do GPSu z satelity. Przeszliśmy pierwsze zabudowania i zrobiliśmy pierwszy MTP ( Mały Taktyczny Postój ) aby każdy mógł poprawić swój szpej, sprawdzić co nie gra itp. Zdjęliśmy też combat Jacket ( nie polary ) bobyło już na nie za cieło.
W tym momencie minęły nas pierwsze dwa warjoty szturmujące trasę w 8h.
Wkrótce spokojnym tempem ( tak jak pisałem - priorytetem było doprowadzenie Yanka na metę a nie szarżowanie ) ruszyliśmy dalej. Jakiś czas później minęli nas Szwedzi przebrani dla niepoznaki za Niemców. Wywarli na nas bardzo pozytywne wrażenie, zwłaszcza, gdy zaczęli biec. Wg nas mieli największe szanse na złamanie tych 8h.
Po jakimś czasie minęła nas kolejna para warjotów - Karolis i Mentos. Jak na "gości oderwanych od biurka" dobrze im nawet szło. ( to chyba tekst Karola o ile pamiętam ) Potwierdzamy - dobrze Wam poszło.

Zachowując stałe tempo szliśmy dalej zaliczając jeden punkt po drugim. W końcu dotarliśmy do pkt 6. Jeszcze przed wyjściem na trasę, założyliśmy sobie,że tam zrobimy sobie MTP obiadowy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy przy wiatach pojawił się Berni i Lisu z talerzami pełnymi fasolki, bekonu i takich tam pyszności.
Ten punkt spodobał nam się również i z innego powodu - te wszystkie paryje i wwozy były prawie takie same jak u nas, więc po tych wszystkich kilometrach płaskiego stołu był to bardzo sympatyczny widok. Po skończonym posiłku ruszyliśmy dalej mijając po drodze najpierw XiE a potem Rafa i Mirrę. Później przyplątała się jakaś miła pani pytająca czy nasze repliki są czynne - odparliśmy że tak - w ciągu tygodnia od 0900 do 1800.
Gdy wyszliśmy z lasu okazało się, że pięknie świeci słońce. Stwierdziliśmy, że teraz właśnie nadszedł czas, że ludzie będą odpadać. Co prawda mieliśmy na myśli dość mocno dające słońce i długi odcinek betonu a nie fasolkę Berniego, ale i tak niewiele się pomyliliśmy.

Po drodze stała się straszna rzecz - odpiął się nam jeden z M*ISSUE ( okazało się, że guziczek, który miał zamontowany przy urodzeniu był za mały i misiek sobie poszedł w las ) na szczęście za nami szła grupa sojuszników zza oceanu Atlantyckiego i udało im się M*ISSUE uratować.
W nagrodę dostali cukierki SAS.

Po jakimś czasie spotkaliśmy też trzeciego Amerykanina, którego wspomogliśmy mapą - chłopak wziął i się odłączył od reszty, więc trzeba było jakoś mu pomóc. To chyba taka tradycja już będzie, bo w tamtym roku podobnie wspomogliśmy Olsztyn.

Wymijając się wzajemnie co jakiś czas z w/w amerykanami doszliśmy do pkt nr 9 gdzie czekał na nas Vergio i Sisi. Dotarliśmy dokładnie na czas - a więc o godzinie 1700 więc nadszedł czas na Tea Time. Popijając sobie herbatę przywitaliśmy sojuszników. Odbyła się mama sesja zdjęciowa z uratowanym M*ISSUE i takie tam.
Wówczas Vergio nam zakomunikował, że jeden z Amerykanów odpada i czy drugi nie mógłby iść z nami, tym bardziej, że najprawdopodobniej jesteśmy już ostatnią ekipą na trasie.
Honor brytyjskiego Gentalmana oraz oficera nie pozwolił nam odmówić więc przygarnęliśmy Xasa pod nasze skrzydła. Przyjęliśmy sobie ambitne zadanie doprowadzenia Xasa do mety ( mamy takie skrzywienie, że jak idziemy grupą, to cała grupa ma dojść ) więc dostosowując tempo marszu i ilość oraz długość odpoczynku do Niego ruszyliśmy ku mecie. Dobry humor nadal nas nie opuszczał, choć niesamowite zwolnienie tempa dało nam najbardziej w kość. Na końcu lasu dołączył do nas Vergio i tak wzmocnieni w 140% ilościowym składzie podreptaliśmy przez ostatni odcinek drogi.

Gdy minęliśmy strzałkę z napisem "Camping Relax - 150m" w każdego wstąpiły nowe siły, aby te ostatnie metry pokonać jak najlepiej. Vergio włączył w komórce "Amazig Grace" i nawet idący już na autopilocie Xas wyrównał krok i szedł z podniesionym czołem "nóżka w nóżkę".
Gdy dochodząc do mety spostrzegliśmy resztę uczestników stojących w szpalerze po obu stronach bramy i witających nas oklaskami aż się łezka w oku zakręciła. Po przejściu bramy złożyliśmy - meldunki:
- Sidiemu - z wykonania zadania odeskortowania Xasa do mety
- Xie - z wykonania zadania przyprowadzenia Brother Sokole Oko Po Prostu Yanka całego i zdrowego na metę.

Podsumowując - w tym roku trasę Milera podporządkowaliśmy sobie konkretnemu zadaniu i trzymając cały czas rygor marszowy zadanie to wypełniliśmy. Nawet z niespodziewaną nadwyżka, bo od pkt 9 przejęliśmy rolę patrolu Łódzkiego, który de facto miał iść na końcu.
Pomimo to i tak było sympatycznie i fajnie i mamy nadzieję, że Brother SOkole Oko Po Prostu Yanek oraz Xas nie uznają nas za niezrównoważonych psychicznie.

Na koniec tekst rozmowy między Chemikiem a Yankiem:
Chemik - Słuchaj stary, powiedz mi, ale tak na serio, czy ty uważasz nas za wariatów? ale tak na serio?
Yanek - Eee, no hm...
Chemik - No bo słuchaj, my się i tak staramy...

Kończąc dziękuję Vergio, Xasowi oraz Brotherowi Sokole Oko Po Prostu Yanek za wspólny spacer. To Wy jesteście zwycięzcami w tym roku, myśmy wam tylko towarzyszyli.

Seria Manewrów "Golf Nine"
Posted by Gisher 13 lipca 2010 14:40 UTC

Skład - 8 osób (6 - 42RMC - Gisher, Pepe, Farmer, Borsuk, Hipis, Dresik, 1 - 101st. - Kojot, 1 - niezrzeszony - Burund!)

Start:- ok 9.
Koniec:- ok 13.
Czas trwania patrolu:- ok. 4h.
Pokonany dystans:- ok. 4 km

Trasa:

Naszym zadaniem było odszukanie spadochroniarzy Związku na naszym terenie. Początkowo założyliśmy działania kilku 3-4osobowych patroli, kontrolujących swoje sektory, które w razie napotkania NPLa miały utrzymać z nim kontakt wzrokowy i wezwać na pomoc pozostałe patrole, w celu pokonania NPLa, sukcesem byłoby pojmać jeńca w celu przesłuchania przez sztab.

Okazało się jednak, że posiadamy za małe siły (8 ludzi), więc postanowiliśmy przeprowadzić patrol całością, w razie kontaktu z NPLem nawiązać walkę.

Teren działań był ciekawy - duża ilość głębokich wąwozów spowodowała częstą konieczność wspinaczek lub stromych zejść w dół, co w połączeniu z chmarami insektów i kleszczy (sam zabiłem sporą ilość) i gorącem wyciskało z nas sporo potu.

Podczas całego patrolu nie odnotowaliśmy żadnego kontaktu.

Dziękuję wszystkim za przybycie, a szczególnie Hipisowi i jego wędki dziurawiącej karoserię - miał daleko ale da się Myślę że każdemu wyszło na dobre, i pokazało że musimy robić więcej takich akcji, żeby cokolwiek umieć podziałać w terenie.

Następna edycja w planach.

Zmiany na stronie
Posted by mer 2 lipca 2010 00:45 UTC

Zostały wprowadzone drobne zmiany na stronie:
  1. Dział Aktualności oraz Kompania zostały połączone; wszystkie posty z działu Kompania zostały przeniesione do Aktualności, zaś sam dział Kompania został usunięty;
  2. Został utworzony nowy dział: Kontakt;
  3. Dodana została kompanijna Księga Gości;

Company Routine Orders No. 1
Posted by mer 21 czerwca 2010 19:41 UTC

Awanse
Chemikalius Tuchów Na: Corporal
Kicek Krosno Na: Corporal

Druga Edycja Zawodów Kaledońskich
Posted by Gisher 16 czerwca 2010 22:35 UTC

15 maja 2010 odbyła się już druga edycja Zawodów Kaledońskich, organizowanych przez naszą kompanię. W tym roku udział wzięła również grupa rekonstrukcji historycznej Celtica, oraz zaprzyjaźnieni airsoftowcy z Bochni i Krakowa. Zwody odbyły się ponownie na terenie strzelnicy LOK w Bochni.

Uczestnicy zawodów zmierzyli się z kilkoma niezwykle wyczerpującymi konkurencjami, takimi jak:
  • rzut celtycką włócznią
  • rzut belką w dal
  • rzut workiem z piaskiem
  • spacerek celta (z rurą wyrzutni MILAN w każdej ręce)
  • tworzenie (technika dowolna) flagi brytyjskiej, walijskiej, angielskiej lub szkockiej na czas (czyli jacy dobrzy z nas rekonstruktorzy)
  • cerowanie skarpet
  • gra drużynowa w starożytną szkocką grę (nazwaną roboczo "hocki-klocki")
Zawodnicy prowadzili zmagania podzieleni na 4 grupy. Zmagania odbywały się w przyjaznej atmosferze, nie przeszkadzała nam nawet duża zawartość błota w podłożu. Po zawodach odbył się mały grill, a chętni mieli okazję na kolejne partie hocków-klocków (gra ta bardzo przypadła wszystkim do gustu)

Na zakończenie sędziowie zawodów (Duncan i Xie) rozdali nagrody - największa niespodzianka trafiła się grupie Celtica - Celci otrzymali kolejnego misia typu M*ISSUE, młodszego braciszka naszej maskotki. Zawody były również naszą współpracą z Celitcą - od tego momentu są oni członkami naszej wielkiej rodziny, tworząc samodzielni pluton The Black Watch, 3rd Battalion (w skrócie 3 SCOTS). Mamy nadzieję że dalsza współpraca będzie owocna.



10-11 Kwietnia 2010 Marsz Po Beret II
Posted by Duncan McLain 17 maja 2010 17:06

Ledwie przebrzmiały echa pierwszego w tym roku Marszu a znów ruszyliśmy na trasę, aby zdobyć Jamną drugi raz w tym roku. Tym razem szli wszyscy ci, którzy nie dali rady stawić się na poprzednim spacerze.
Nie ukrywajmy - najważniejszym uczestnikiem tej edycji był Ravic, dla którego była to - z uwagi na fakt, że obecnie zamieszkuje na terenie Albionu - jedyna okazja, aby odbyć Marsz.

Tym razem warunki pogodowe były diametralnie inne, niż poprzednim razem. Przede wszystkim znikł śnieg i lód, który ostatnio tak nam dokuczał a także błoto. Z tego powodu szło nam się o wiele lepiej i szybciej niż poprzedniej grupie.

Od czasu do czasu dokuczał nam jedynie wiosenny deszcz, jednak w żaden sposób nas to nie zrażało. Tym razem postanowiliśmy nieco zmienić trasę. Przede wszystkim check point tzw obiadowy zrobiliśmy nie jak zwykle - w Pleśnej - ale na Słonej Górze. Ponadto sprawdziliśmy jedną drogę między Siemiechowem a Brzozową.

W końcu nieco zmęczeni, ale szczęśliwi dotarliśmy do Bacówki.
Na drugi dzień po śniadaniu i spakowaniu się ruszyliśmy do domu.

Gratulacje dla Ravica oraz Kudłatego - nowych pełnoprawnych członków naszej Kompanii.

Pozdrawiam.
Duncan McLain

20-21 Marca Marsz Po Beret
Posted by Duncan McLain 17 maja 2010 16:42

I znów nadszedł czas, aby kolejni kadeci zmierzyli się z trasą na Jamną. W tym roku nie wszyscy mogli maszerować w jednym terminie, więc zamiast jednego, zrobiliśmy dwa Marsze Po Beret. Pierwszy przypadł na koniec marca.
Niezrażeni wciąż zalegającym pola śniegiem ruszyliśmy przed siebie. Trasa początkowo wydawała się łatwa, jak zawsze, jednak wkrótce okazało się, że ten Marsz będzie inny...

Już po kilku kilometrach zaczęliśmy się zastanawiać, co jest gorsze - śnieg czy błoto. O ile brnięcie w białym, zmrożonym puchu jeszcze nam jakoś wychodziło, to taplanie się błocie szło bardziej opornie.

Mimo to, nie zrażaliśmy się. Podtrzymując się wzajemnie na duchu pokonywaliśmy kolejne kilometry. Plecaki ciążyły coraz bardziej a dnia ubywało i ubywało...
No cóż, zmiana czasu miała być dopiero w przyszłym tygodniu, więc zmrok zastał nas wciąż przedzierających się przez lasy Suchej Góry.

W końcu wymęczeni fatalnymi warunkami, śniegiem, błotem oraz jednym wielkim lodem, jakim okazało się kilka ostatnich kilometrów trasy dotarliśmy do bacówki na Jamnej.

Tu czekał już Duncan, rozwinięta brytyjska flaga oraz upragnione berety w kolorze Lovat Green.

Wieczorem jeden ze świeżo upieczonych Marines - Gandalf - postanowił podstrzyc się nieco, aby dobrze wyglądać w swoim nowym berecie. Jak widać, przynajmniej wizualnie, wyszło mu to na dobre.

Po dość spokojnej nocy przerwanej brutalnie nad ranem płaczem jakiegoś dziecka za ścianą, pomału rozjechaliśmy się do domów.
Jako ostatni bacówkę opuścili Senior, Duncan oraz XiE, która gościnnie również wzięła udział - po raz drugi - w MPB.

Gratuluję wszystkim, którzy pomyślnie ukończyli Marsz i zdobyli prawo do noszenia zielonego beretu RMC oraz bagde tej jednostki.
Pamiętajcie, to nie koniec, ale dopiero początek Waszej służby w Kompanii.

Pozdrawiam.
Duncan McLain

19 - 20 luty Szkoleń ciąg dalszy
Posted by Duncan McLain 28 lutego 2010

W dniach 19-20 lutego 2010 roku ponownie spotkaliśmy się w tarnowskim Klubie na dalszej części szkoleń teoretycznych zapoczątkowanych w styczniu. Cel był prosty - przekazać w przystępny sposób jak najwięcej wiedzy, którą potem będzie można praktycznie wykorzystać.

W piątek wieczorem na warsztat została wzięta nauka budowania mapy plastycznej terenu oraz umiejętność wykorzystywania tzw. Commanders Kit. Uczestnicy zostali podzieleni na dwie grupy, po czym każda z nich miała za zadanie opracowanie oraz wykonanie modelu mapy plastycznej terenu a następnie przeprowadzenie przy jego pomocy briefingu dotyczącego konkretnego zadania.
Obie grupy wykonały powierzone zadania bardzo rzetelnie i dokładnie.

W sobotę rano dotarła do Klubu reszta kursowiczów. Pierwszym miłym akcentem było rozdanie Kadetom długo oczekiwanych przez nich beretów oraz nauka prawidłowego ich zakładania. Nie każdemu wychodziło to dobrze, jednak ufamy, że trening czyni mistrza i już wkrótce każdy z nich będzie z dumą profesjonalnie nosił swoje nakrycie głowy.

Gdy tylko zjawił się ostatni z kursantów nasz CSM ( Company Sergeant Major ) głośnym i przenikliwym gwizdem ogłosił apel. Wszyscy szybko zajęli swoje pozycje i prężnie stanęli na baczność. Wówczas dowództwo przeprowadziło zapowiadaną wcześniej inspekcję. Każdy starał się wyglądać jak najlepiej i jak najprofesjonalniej, jednak bystre oko sierżanta szybko wyłapywało niedociągnięcia.

Po apelu kursanci zostali podzieleni na dwie grupy po czym równocześnie w dwóch osobnych salach rozpoczęły się szkolenia. Pierwsze z nich - z łączności - ponownie przeprowadził Senior. Tym razem na warsztat wziął Kod Q ( najważniejsze skróty stosowane w służbie amatorskiej ), system raportów krótkofalarskich oraz literowanie w łącznościach fonicznych. Po teorii przyszła pora na praktykę i każdy kursant miał możliwość sprawdzenia nabytej wiedzy podczas ćwiczeń z nawiązywania łączności.

W tym samym czasie Duncan przytargał z domu część swojej małej kolekcji brytofilskiej i przeprowadził szkolenie z identyfikacji oraz rozróżniania brytyjskiego umundurowania. Już po chwili okazało się, że DPM DPMowi nierówny a widok wielkiej góry mundurów przyprawił niejednego o zawał serca.
Jednak po prawie dwugodzinnym szkoleniu każdy potrafił już odróżnić 68 Pattern od 84 Pattern, czy Windproof Arctic 85 Pattern od Windproof Cold Weather 95 Soldier.

Zgrupowanie należy zaliczyć do bardzo udanych. Miejmy nadzieje, że zdobyta wiedza pozostanie na długo w pamięci i przyda się kiedyś w praktyce. Szczególne uznanie należy się Seniorowi, który w profesjonalny sposób dzieli się z nami swoją krótkofalarską wiedzą.
Wkrótce kulminacja cyklu szkoleniowego czyli kurs medyczny na który wszyscy czekamy z niecierpliwością.

Duncan McLain

Szkolenia Teoretyczne - 30 styczeń - Tarnów
Posted by Gisher 11 lutego 2010 18:17

30 stycznia wzięliśmy udział w niecodziennym zgrupowaniu. Niecodziennym, ponieważ sobotę spędziliśmy nie w polu z repliką w ręku, a na szkoleniach teoretycznych.

Część z nas pojawiła się w klubie już w piątek: dzięki Borsukowi mogliśmy na olbrzymiej makiecie rozegrać partię II wojennej gry bitewnej Faces of War. Rozgrywka przeciągnęła się do późnych godzin nocnych, lub raczej wczesnych godzin porannych.

W sobotę rano zjawiła się reszta kompanii, i po zbiórce i pamiątkowej fotce rozpoczęliśmy szkolenia w 3 grupach.
Duncan poporowadził zajęcia z podstaw topografii. Kursanci pilnie uczyli się jak się nie zgubić w lesie :P

Niezwykle profesjonalne szkolenie z zakresu radiokomunikacji przeprowadził Senior.

Gisher natomiast postanowił nauczyć nas podstaw użytkowania munduru brytyjskiego: które guziki zapiąć, które rozpiąć, gdzie ma być kant i jak podwijać nogawki. Wszystko po to, by prezentować się jak najlepiej na zgrupowaniach i pokazach.

Po zakończeniu szkoleń miał miejsce miły akcent: Kicek, który niedawno ukończył 18 lat został tradycyjnie poddany "motylkowi". Po życzeniach dowództwo i starsi członkowie kompanii udali się na naradę plemienia, podsumowującą rok działalności i mającą na celu opracowanie planu działania na najbliższy rok. Oj, będzie się działo :)

Zgrupowanie zaliczamy do udanych i bardzo owocnych.

XVIII Finał WOŚP Tarnów
Posted by Gisher 10 lutego 2010 14:53

WOŚP 2010 Tarnów czyli: … Commando on the Front Line!

Wszystko zaczęło się sześć lat temu, gdy podczas kwesty jakiś bandzior przystawił jednemu z naszych przyjaciół nóż do brzucha i zażądał puszki. Wówczas stwierdziliśmy, że coś trzeba z tym zrobić. Tak powstał pomysł utworzenia Służby Porządkowej dbającej zarówno o bezpieczeństwo wolontariuszy jak i prawidłowy przebieg samej kwesty.
Rok później powstał w mieście drugi Sztab Orkiestry, ( przy szkole Szczepanika, zwany odtąd Sztabem Szepanika) który przejął dyrygowanie Orkiestrą od dotychczasowego, działającego przy Pałacu Młodzieży. Odtąd chcąc - nie chcąc, zmuszone one zostały ze sobą współpracować. W tym też momencie do akcji włączyliśmy się i my.

Zbiórkę ustaliliśmy na godzinę 0800 w Sztabie. Odprawa zaczęła się z małym poślizgiem, bo w Sztabie panował dość duży ruch i trochę zajęło nam znalezienie pustej sali. Wesołym przerywnikiem była sytuacja, gdy podbiegła do nas jakaś roztrzepana kobieta. Przyglądnęła się nam uważnie ( wszyscy byli umundurowani ) i zapytała :
- A panowie to kto?
W Orkiestrze jako porządkowi uczestniczymy już piąty rok z kolei, więc musiała to być jakaś nowa nauczycielka, bo i my widzieliśmy ją po raz pierwszy i jak można się domyśleć – ona nas też.
- Jesteśmy Służbą Porządkową, będziemy pilnować – odparliśmy chórem.
- O rany, ja mam siedmiuset wolontariuszy na głowie i was też mam pilnować?
Po chwili udało nam się wytłumaczyć pani, że to My pilnujemy a nie nas trzeba pilnować. Uradowana pobiegła gdzieś dalej.

Sama odprawa trwała około pół godziny. Duncan po kolei wyjaśniał wszystkim poszczególne zasady służby, kompetencje oraz na co zwracać uwagę. W połowie briefingu odwiedził nas Dyrektor szkoły Szczepanika – Pan Kukułka. Przyprowadził ze sobą jedną wolontariuszkę.
Duncan zaraz podchwycił temat:
- Tak moi drodzy wygląda przykładowy, klasyczny wolontariusz – powiedział wskazując na speszoną dziewczynę. – Ma identyfikator, puszkę i serduszka. Waszym zadaniem jest pilnować, aby co najmniej dwie z tych rzeczy – identyfikator i puszka – dotrwały w całości z wolontariuszem do końca kwesty.

Dyrektor, jak co roku podziękował nam za naszą inicjatywę i zagrzał do boju.
Ustaliliśmy sobie następujące priorytety:
0900-1100 – działania prewencyjne sprawdzające przygotowanie kwestujących do akcji ( sprawdzanie puszek, identyfikatorów, szkolenia w trybie nagłym itp. )
1100 – 1300 – to czas, gdy każdy powinien już wiedzieć, na co zwracać uwagę a puszki są już pomału wypełniane, więc trzeba zacząć zwracać uwagę na bezpośrednie otoczenie kwestujących ( bramy, grupki dresów, meneli, chodzić wraz z wolontariuszami itp.)
1300-1600 – to czas, gdy puszki są już pełne. Najniebezpieczniejszy okres kwesty, zwłaszcza po 1500, gdy pomału robi się ciemno. Skupiamy się na bezpośredniej ochronie wolontariuszy, eskortujemy do Sztabu, w razie W – interweniujemy.

Wkrótce nastąpił podział rejonów i dwu osobowe patrole ruszyły na miasto.

Już na dzień dobry okazało się, że będą problemy. Większość wolontariuszy nie miała zielonego pojęcia o tym jak kwestować, a przede wszystkim jak w czasie kwesty unikać nieprzyjemnych sytuacji. Każda spotkana grupa oddawała nam puszki „do potrzymania”, praktycznie wszyscy mówili ile już uzbierali z naciskiem na szczegółowe informacje dotyczące banknotów, praktycznie nikt nie miał dodatkowo przywiązanego identyfikatora do smyczy, pomimo wcześniejszych apeli na odprawie Opiekunów.

Ręce nam opadły.
Radia i komórki poszły w ruch i wkrótce zaczęła się mozolna nauka kwestujących, na co powinni zwracać uwagę.
- Nie dawaj nikomu puszki do ręki, nawet nam. Nie mów nikomu ile zebraliście, gdyby naciskał, to w tamtym roku było lepiej, nie chodź samotnie, jak idziesz do domu na obiad – schowaj puszkę i identyfikator, zwracaj uwagę nie tylko na siebie, ale i innych wolontariuszy. I tak w kółko.

Godzina 0923 – pierwsze zgłoszenie o zgubionym identyfikatorze. Informujemy resztę. Rejon ulicy Lwowskiej. Jest gorzej niż rok temu – wówczas pierwszy zginął dopiero po 1300.Cholera, a mówiliśmy przywiązywać je dodatkowym sznurkiem do smyczy! Szukanie praktycznie uniemożliwia silnie sypiący śnieg. I ludzie odśnieżający chodniki. Jeżeli do tej pory nikt go nie znalazł, to odnajdą go na wiosnę. Albo i nie.

W tym wszystkim najgorsze jest to, że mógł go znaleźć jakiś nieuczciwy człowiek, który zacznie zbierać na swój rachunek. Pod warunkiem, że wygląda jak jedenastoletnia dziewczynka.

Godzina 1020 – padający śnieg zaczyna nagminnie niszczyć puszki. Przemakają od wilgoci i stają się nie do użytku. Na szybko instruujemy wszystkich, aby albo szli do Sztabów je podklejać folią, albo brali ze sklepów reklamówki jednorazówki i je zabezpieczali. Działa.

Godzina 1300 – wszystkie patrole na chwilę zbierają się na Rynku przy choince. Robimy wspólną pamiątkową fotkę. Razem z nami jest kilku byłych członków Kompanii. Każdy z nich kiedyś również patrolował z nami w ten dzień ulice. Miło przez chwilkę powspominać poprzednie lata i wiedzieć, że ludzie, choć nie mają czasu, wciąż pamiętają.

Godzina 1330 – Zgłasza się do nas chłopak z naruszoną plombą. Rozmokła od deszczu i się zerwała. Nie wie, co robić- boi się, żeby jakichś problemów nie było. Idziemy z nim do Sztabu i tam puszka zostaje ponownie zabezpieczona.

Godzina 1445 – Jeden z patroli znajduje kolejny identyfikator. Sprawa o tyle dziwna, że nikt nie zgłosił zaginięcia. Ha, to się nazywa szybkość działania! Dokument ląduje w Sztabie.

Godzina 1520 – Jedna z wolontariuszek informuje o jakimś panu, który przyszedł i podarował złoty łańcuszek. Sympatyczna sprawa.

Teraz zaczyna się najgorętszy okres. Większość wolontariuszy z pełnymi puszkami zmierza do Sztabów. Jeżeli ktoś chciałby napaść to właśnie teraz – między piętnastą a szesnastą. Potem ulice pustoszeją.
Na szczęście do niczego takiego nie dochodzi.

Godzina 1605 – ostatni patrol. Na ulicach są tylko pełnoletni wolontariusze kwestujący w ramach osobnych, zamkniętych imprez. Wszystkie dzieciaki spokojnie dotarły do Sztabów z pieniążkami. Jest dobrze.

Godzina 1620 – Rebriefing. Duncan podsumowuje dzień i dziękuje za służbę. Pomimo spokojnego przebiegu nie było łatwo. Każdy jest zmęczony a nogi włażą do tyłka. Najważniejsze, że nikt nie został napadnięty.

Godzina 1640 – Szybki raport do Szefa Sztabu. Wszystko zgodnie z planem. Piąty rok z rzędu. Tak trzymać Panowie!

Rozchodzimy się. Służba Porządkowa dobiegła końca. Część jedzie do domów, część zostaje na koncerty. Należy dodać, że razem z nami ulice przemierzała maskotka naszej Kompani - M*ISSUE, który dzielnie ( nieoficjalnie, jednak pod pełnym nadzorem Porządkowych ) zbierał pieniążki do miniaturki puszki.

Na terenie Tarnowa w Orkiestrze zagrały również grupy rekonstrukcyjne SPAT TARNÓW oraz Jagerbataillon 292 z Dąbrowy Tarnowskiej – zbierając kasę.

W tym roku obstawialiśmy Orkiestrę piąty raz. Był to też piąty z rzędu rok, gdy na terenie Tarnowa nie doszło do napadu rabunkowego na wolontariusza. Kiedyś zastanawialiśmy się nad kwestowaniem, uznaliśmy jednak, że i tak, kto ma dać na Orkiestrę, ten da, natomiast od siebie możemy ofiarować kwestującym poczucie bezpieczeństwa.
I pewność, że pieniążki, które zbierają trafią tam, gdzie trzeba.

Pluton Bochnia
Pluton Kraków
Pluton Krosno
Pluton Tarnów
Pluton Tuchów
Samodzielny Pluton Royal Regiment of Scotland
Stopnie w kompanii
Marsz po beret